Co nam Allah dał‚ czyli moja Gambia


Strona główna

Niespodziewanie obudził mnie dochodzący z tarasu hałas. Pierwsze promienie wschodzącego słońca przedzierały się przez niezasłonięte okno, tworząc łunę światła rozświetlającą cały pokój. Wstałem i podszedłem do okna… No tak, to dzielne małpy urządziły sobie za oknem poranne harce. Dobrze, że tym razem nie pozostawiłem swych rzeczy na zewnątrz. Pewnie już nigdy bym ich nie odzyskał. Małpy w najlepsze bawią się skacząc po plastikowych krzesłach – tylko dlaczego robią tyle hałasu przy tej okazji?

Zegar pokazywał szóstą – w sumie i tak za chwilę recepcja przypomni mi, że już najwyższy czas wstać. -Nawet do pracy tak wcześnie nie wstaję – mamrotałem sobie pod nosem zły na cały świat ( nie wiedząc o co) i wyszedłem na taras. Dobiegający zza sąsiedniego domku szum oceanu zachęcił mnie do porannej kąpieli. Szybko ubrałem kąpielówki i przyodziany w ręcznik wbiegłem na plażę…Raczej nie byłem jedynym gościem hotelu, który dzisiaj miał wczesną pobudkę. Rybacy na plaży pakowali właśnie do łodzi swoje sieci. Z uśmiechem na twarzy machali do mnie proponując wspólne wypłynięcie na połów w morze. Ja raczaj nazwałbym tego morzem, zaledwie parędziesiąt metrów od brzegu. W tym miejscu woda ma zapewne jakieś cztery metry głębokości. Tutaj kilka minut po zarzuceniu sieci połów już można uznać za udany.

Powrót rybaków na brzeg uzmysłowił mi, że jestem już bardzo spóźniony. Pewnie wszyscy są już gotowi do wyjazdu i czekają tylko na mnie. Nie pomyliłem się wiele. Gdy jednak zobaczyłem naszą całą grupę w restauracji pochłaniającą śniadanie okazało się, że jako jedyny zabrałem ze sobą spakowany bagaż na wyjazd. W końcu nawet na trzy dni trzeba zabrać ze sobą parę niezbędnych rzeczy.

Droga na przystań była masowym sprawdzaniem zawartości bagaży. Stanu kremów, nazw najlepszych past do zębów i płynów do kąpieli, ilości ręczników i koszulek,. Za oknami majaczyła nam się budząca się do życia stolica Gambii – Banjul.
 


Wszelkie prawa zastrzeżone © 2009